Solaris → Uczta

czas2016_08_17 miejsce Polska, Poznań, WLKP, Grunwald

Z książek napisanych przez Stanisława Lema szczególnie lubię trzy pozycje; Fiasko, Niezwyciężony oraz Solaris. Głównym bohaterem tej krótkiej historii będzie właśnie książka Solaris, a dokładniej jej ekranizacja. Solaris wydana w 1961 to jedna z klasycznych powieści gatunku science fiction, przełożona na wiele języków, która doczekała się aż trzech ekranizacji. Najnowsza i zarazem chyba najbardziej popularna, to wersja amerykańska z roku 2002 w reżyserii Stevena Soderbergha. Z kolei najstarsza ekranizacja to film nakręcony w 1969 r. w ZSRR przez Nikołaja Nirenburga, która to z dzisiejszej perspektywy może wyglądać trochę jak ekranizacja spektaklu teatralnego. Jest jeszcze trzecia środkowa i legendarna wersja, której nigdy dotychczas nie widziałem, a którą od wielu lat bardzo chciałem zobaczyć, czyli Solaris z 1972 r. w reżyserii Andrjeja Tarkowskiego.

  Przez mniejszy lub większy przypadek udało mi się namierzyć świetną cyfrową kopię tego filmu. Żony akurat nie było w domu to i od razu powstała i został wdrożona koncepcja seansu filmowego pod hasłem uczta. Kontemplacyjnie zanurzam się w obrazy przewijające się na ekranie. Myślę sobie standardowo już przy takim kinie, że przez te współczesne amerykańskie filmy zatraciłem umiejętność oglądania starszego ale i również wolniejszego, bardziej skupionego kina. Jeżeli w filmie nie ma sieczki, natychmiastowej akcji, mnóstwa efektów, krótkich ujęć i szybkich cięć to muszę się skupić, aby dać możliwość bycia oglądanemu filmowi takim jakim jest. Rozsmakowuję się więc we wspaniale komponowanych kadrach, muzyce, grze aktorskiej. Analizuję fabułę i dialogi przywołując z pamięci oryginał.

  Nagle w połowie prawie trzygodzinnego seansu, tak sobie zgłodniałem. Wstaję aby zrobić pauzę i pójść przygotować sobie kanapki. Zaczynam półświadomie, myśląc o jedzeniu, dziwić się skąd tyle czerwonego, co to za poświata. Wychodzę z pokoju, spoglądam do salonu i na chwilę tracę orientację. Przenoszę się w zupełnie inne miejsce. Do pokoju wpada czerwone światło jednego ze Solaryjskich słońc, zawieszonego nisko nad oceanem planety. Poziome promienie wyświetlają na ścianie misterium, kadrując je ramami okna balkonowego. Salon zalany czerwonym odbitym światłem wygląda jak nie moje mieszkanie. Nagle znalazłem się na stacji patrząc na nieporządek w porzuconej przez Gibariana kajucie.

  Biorę szybko aparat, opanowuje emocje i chłodno kalkuluję aby zarejestrować odcisk tej chwili. Robię zdjęcia. Oglądając pomieszczenie przez wizjer aparatu wygląda tak jak bym był tu po raz pierwszy. W niby znajome przedmioty wkradła się i rozdarła je obca obecność. Kilkadziesiąt sekund, jedna chwila, słońce chowa się za horyzontem, a ja prosto z podróży powracam w dobrze mi znane cztery ściany.

  Tylko kilka chwil w roku, w okolicy przesilenia letniego, tuż przed samym zachodem, w odpowiednich warunkach atmosferycznych ma szansę wydarzyć się to co przed chwilą oglądałem. Niesamowite rozszerzenie seansu z ekranu na otaczający świat. Zbieg okoliczności, ale też sam Tarkowski otworzył mi przeważnie zamkniętą szufladę, pozwalającą na nowo zobaczyć to co mnie otacza. Pojawia się pytanie; jak często w życiu przechodzę koło niezwykłych wydarzeń nawet nie mając pojęcia o ich istnieniu? Po wszystkim dorzucam jeszcze kilka zdjęć aby po swojemu zilustrować Solaris, oraz to co mi się w trakcie seansu przydarzyło.